Witold Szabłowski: Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia

Jest w książce taki moment, kiedy ktoś sugeruje, że pani Szura – jedna z bohaterek – mogłaby dostać przynajmniej telewizor za tę swoją pomoc. Jej ojciec ratował Polaków, ona dba o polskie groby. I ona zakłopotana tłumaczy mi, żebym ja sobie broń Boże nie pomyślał, że ona to robi dla jakiegoś telewizora. To jedyny moment, kiedy pozwalam sobie w tej książce na publicystykę. – Pani Szuro, niech się pani nie martwi – mówię jej. – U nas w historii nie ma miejsca na tych, którzy nas ratowali. Nie dajemy takim telewizorów. Szczerze mówiąc, w ogóle o was nie pamiętamy.”

To słowa Witolda Szabłowskiego z końca książki. To nie jedyny fragment tego reportażu, który czytałam ze ściśniętym gardłem. No ale autor ma rację, to moment na to, by o tych sprawiedliwych opowiadać. Książkę przeczytałam tuż po obejrzeniu „Wołynia” Wojtka Smarzowskiego. Po filmie przejrzałam też Internet i znalazłam wspomnienia Sulimira Żuka. Każdy z tych przekazów był przejmujący i nie chodzi tutaj o epatowanie okrucieństwem (niewyobrażalnym!!!). Chodzi o pamięć. Po latach zrobiło się głośno o rzezi wołyńskiej. Mnie edukowanej na książkach o potwornościach drugiej wojny światowej wydawało się, że niewiele rzeczy może mną wstrząsnąć. To nieprawda. Oczywiście byłam przerażona podczas okrutnych momentów w filmie, ale najbardziej byłam wystraszona jak panu Żukowi w trakcie opowiadania łamał się po siedemdziesięciu latach głos,  jak czytałam wspomnienia Jana Jelinka i innych. Nie do wiary, że ludzie ludziom zgotowali ten los. Książka Witolda Szabłowskiego jest dowodem na to, że w nieludzkich czasach niektórzy są ludźmi. Lektura obowiązkowa, z nadzieją, że historia się nie powtórzy.

reportaż polski, rzeź wołyńska (1943)

Szabłowski Witold: Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia. Znak, 2016

Moja ocena: 6/6

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *