Zygmunt Miłoszewski: Jak zawsze

Najpierw coś o czym później mogę zapomnieć. Zupełnie nie znam Warszawy z jej topografią, ale kiedyś oglądałam dokument o pracach Hansenów. Było tam m.in. o  osiedlu na Przyczółku Grochowskim. Nie mam pojęcia czy Zygmunt Miłoszewski inspirował się pomysłami architektów w tworzeniu powojennej wizji naszej stolicy. Ja odniosłam wrażenie, że nieco z tych ich pomysłów zostało przeniesione na karty książki. I tutaj pierwsza refleksja. W teorii ten projekt był ciekawy, w praktyce wyszło jak zawsze. Czytając Jak zawsze, tytuł przewija się przez powieść jak mantra w różnych sytuacjach. Historia jest o małżeństwie z pięćdziesięcioletnim stażem. Początek z opisem kupowania przez prawie osiemdziesięcioletnią Grażynę bielizny erotycznej na rocznicową noc naprawdę niezły. Bohaterowie dostają od losu w prezencie powrót do swojej młodości i alternatywnej rzeczywistości lat sześćdziesiątych poprzedniego stulecia. Od tego momentu śledzimy poczynania Ludwika i Grażyny, którzy „testują” nowe możliwości i zastanawiamy się czy „miłość jest wieczna”. Oczywiście nie zdradzę jaka jest siła uczucia naszych bohaterów. Bywa zabawnie, gdy konfrontują wiedzę i doświadczenie niemłodych już ludzi z realiami swojej młodości. Równie fascynujące jest odkrywanie jak autor zmienia informacje w  podręcznikach  historii. Tutaj mnóstwo smaczków i widać, że Miłoszewski niejednokrotnie o tym wymyślonym przez siebie świecie musiał dyskutować. Dużo w tej alternatywnej wizji  realiów z PRL, przeniesionych w inną rzeczywistość. Jest powojenna Warszawa z jej problemami mieszkaniowymi, z zapachem gotowanej młodej kapusty na klatce schodowej, wspólne sąsiedzkie oglądanie meczy naszej reprezentacji i fantastyczny smak nabiału. Jest jednak coś ważniejszego: opis życia politycznego kraju nad Wisłą znacznie zmieniony, ale niezmienny. Jest też refleksja autora,  jakby nie było powieści popularnej, że cokolwiek my Polacy nie otrzymamy w darze to wszystko roztrwonimy. Gorzkie. Książkę pomimo takiego bagażu czyta się dobrze. Trochę miałam jednak wrażenie, że autor próbuje potwierdzić tezę, że łechtaczka została odkryta przez anatomów w 2013 roku. W każdym razie przepracowany feminizm Ludwika oraz dosadność jego małżonki  nie tylko irytują ale też bawią. No i zawsze po lekturze można się zadumać co by było gdyby?

Miłoszewski Zygmunt. Jak zawsze. W.A.B., 2017

Moja ocena: 5/6

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *