O takich książkach pisałam ostatnio stawiając je w kontrze do opasłych tomiszczy. „Lato, gdy mama miała zielone oczy” to niezbyt obszerna powieść, która trafia w najczulsze struny i nie pozostawia obojętnym.
To opowieść mężczyzny, który wspomina siebie sprzed lat. Historia dotyczy zbuntowanego, nastolatka, który nie bardzo darzy sympatią swoich rodziców. Jego mamie udaje się go „namówić” na wspólne wakacje, które okazują się cezurą w jego życiu.
Chłopak nie przebiera w słowach, okazuje się że jego problemy z agresją to nie tylko nastoletni bunt, ale wszystko ma swój początek w przeszłości rodziny o polskich korzeniach. To w ogóle ciekawa kombinacja narodowościowa, bo autorka jest Rumunką pochodzącą z Mołdawii, mieszka w Paryżu, a jej bohaterowie na stałe mieszkają w Wielkiej Brytanii, a odpoczywają we Francji. Ten kosmopolityczny tygiel okazuje się „podłożem” do uniwersalnej opowieści o dojrzewaniu, oswajaniu nieuniknionego. To również wiwisekcja rozkładu rodziny widziana oczami chłopca oraz jego próba zmiany optyki w relacji z matką. Przejmujące, dosadne i nie do zapomnienia. W sumie drobiazg, ale napisany w taki sposób, że trudno się po nim otrząsnąć. Sądzę, że należą się podziękowania jeszcze tłumaczowi.
Ostatnio zastanawialiśmy się o czym rozmawiać na Klubie Książki. Wydaje się, że dyskusja o tej powieści mogłaby być świetna.
Țîbuleac Tatiana. Lato, gdy mama miała zielone oczy. Książkowe Klimaty, 2021
Seria: Rumuńskie Klimaty
Tłumaczenie: Dominik Małecki