„James” to wielowymiarowa powieść, którą w pierwszej warstwie można przeczytać jako przygodową i awanturniczą, jest to również (tak ostatnio popularny) retelling Marka Twaina oraz w tej najgłębszych rewirach, głos oddany postaci, która swojego zdania długo wyrazić nie mogła.
Wydarzenia obserwujemy z punktu widzenia „Czarnucha Jima”, który wędruje wzdłuż Missisipi z młodym towarzyszem Huckiem. Uciekają, bo postanowiono, że nasz czarnoskóry bohater ma zostać sprzedany. W drodze poznają całą plejadę różnorodnych postaci.
Książka bywa dowcipna, ale sprawia to, że uwypuklone jest to co przerażające i bolesne. Ameryka sprzed wojny secesyjnej to nie był kraj dla czarnych ludzi ( potem zresztą też nie). Na ten temat powstało mnóstwo utworów, ale ten jest dość przewrotny. Trochę zgrzytała mi dobra znajomość Jima z Wolterem, Rousseau i Lockiem, zakładam że był to zabieg, który miał jeszcze bardziej nas wytrącić ze stereotypów, którymi operujemy. Zabawna była „dwujęzyczność” niewolników, a w ten sposób również dobitniej można było odczuć jak bardzo są oni zniewoleni. Wydaje się też, że te fragmenty z slangiem pokazują kunszt tłumaczki, ale może potwierdzi to ktoś czytający powieść w oryginale.
Książka, którą się lekko czyta, ale pozostawia z wieloma gorzkimi przemyśleniami. Chyba niestety nigdy za wiele lektur, które przypominają o czasie, który wydawał się historią.
Everett Percival. James. Marginesy, 2025
Tłumaczenie: Kaja Gucio