Joanna Lech: Drapieżcy chmur

Zdecydowanie nie jest to książka, którą powinno się czytać w listopadzie. Poetycka proza, która chwilami zachwyca frazą, ale niestety częściej irytuje apatią głównego bohatera ( żeby nie napisać „rozmemłaniem”). Joanna Lech ma duże pokłady tolerancji wobec zagubienia swojego bohatera i sporo papieru spożytkowała, żeby pokazać beznadzieję losów Leo.

To historia, w której autorka portretuje mieszkańców wioski i to chyba najbardziej jej się udaje. Ponownie jednak robi to tak drobiazgowo i często się powtarzając, że jest to jednak proza dla wytrwałych.

Główny bohater nie daje za bardzo się lubić, nawet współczucie wobec jego losu wprost proporcjonalnie do ubywania stron maleje. Nie mam pojęcia czy jest typowym przedstawicielem swojego pokolenia, chociaż miałam wrażenie, że autorka pisze o swoim rówieśniku. Marazm Leo i jego demony są tak depresyjne, że naprawdę warto po nią sięgnąć, gdy za oknem więcej słońca. Docieramy do współczesności i kilka wątków, które aż się prosiły żeby się na nich skupić ( pandemia, wojna) potraktowane są pobieżnie.

Powieść tej autorki porównuje się do książek Grzegorzewskiej i chociaż ja lubię wątki wiejskie, to już wiem że z obydwoma autorkami mi nie po drodze.

Lech Joanna. Drapieżcy chmur. W.A.B., 2025

Seria: …archipelagi…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *